W położonej w pow. limanowskim miejscowości spotkali się reprezentanci lokalnych władz, Stowarzyszenia Miłośników Historii Tradycji i Kultury Ziemi Skrzydlańskiej oraz mieszkańcy Skrzydlnej, wśród nich przedstawiciele rodzin ofiar pacyfikacji, którzy podzielili się ze zgromadzonymi wspomnieniami i relacjami o wydarzeniach z lat II wojny światowej.
Kwiaty i znicze złożono na cmentarzu w Skrzydlnej, tzw. starym cmentarzu, gdzie spoczywają ofiary oraz na stacji kolejowej, pod tablicą upamiętniającą wydarzenia sprzed 80 lat. Krakowski oddział IPN reprezentował dr Krzysztof Pięciak.
Pacyfikacja Podlesia (część Skrzydlnej)
Po północy 17 sierpnia 1944 r. Oddział Partyzancki AK „Wilk” uderzył na obsadzoną przez niemiecką Organisation Todt stację kolejową w Kasinie Wielkiej. Pomimo użycia dużych sił partyzanckich nie udało się jej opanować z uwagi na silny ogień z broni maszynowej ze strony członków OT i niemieckich kolejarzy. W akcji ranni zostali trzej partyzanci. Ze strony przeciwników zginęło dwóch kolejarzy, a czterech Niemców odniosło obrażenia.
Trzy dni później, w niedzielę 20 sierpnia, w leżących w pobliżu miejscowościach Skrzydlna i Porąbka, zjawili się esesmani z karnej kompanii SS-Untersturmführera Albrechta C. Matingena, członkowie OT i uzbrojeni niemieccy kolejarze. Głównym celem operacji było Podlesie, część Skrzydlnej przyległa bezpośrednio do lasów Śnieżnicy i oddzielona od reszty wsi linią kolejową.
Na miejsce przyszłej pacyfikacji esesmani przybyli wczesnym rankiem kolejowym składem technicznym, na którego platformie ustawiono karabiny maszynowe i armatę przeciwpancerną. W tym samym czasie druga grupa Niemców, prawdopodobnie uzbrojeni członkowie Organisation Todt, przeczesując stoki Śnieżnicy kierowała się w stronę linii kolejowej. Akcja była skoordynowana; jeśli idący lasem Niemcy natrafiliby na partyzantów, to ci podczas ucieczki musieliby wpaść w ręce esesmanów, z kolei gdyby na zboczach Śnieżnicy chcieli się ukryć cywile, to także zostaliby złapani przez nadchodzących z tego kierunku okupantów.
Otoczono położone na południe od linii kolejowej domy, gdzie według ustaleń okupantów mogli przebywać zaraz po akcji partyzanci. Niemcy dokonywali rewizji, szukali ukrywających się osób oraz broni, wyprowadzali ludzi z domów, rabowali dobytek i rekwirowali bydło, podpalali budynki. Mimo braku ewidentnych dowodów współpracy mieszkańców Podlesia z podziemiem, rozpoczęły się rozstrzeliwania. Część miała charakter zaplanowanych egzekucji. Tak było w przypadku Jana Jarosza, żołnierza AK, który został zabrany do pędzenia bydła w stronę torów kolejowych i następnie zastrzelony.
Okoliczności tego zdarzenia relacjonował po wojnie jego syn: „Leżałem w sieni naszego domu. Niemcy podpalili nasz dom i zamknęli drzwi od zewnątrz. Na skutek pobicia, straciłem chwilowo przytomność, a gdy odzyskałem, zobaczyłem, że obok mnie stoi wiadro z wodą. Przechyliłem wiadro, wylana woda orzeźwiła mnie. [...] Ojca znalazłem w ziemniakach przy torze kolejowym, miał rany postrzałowe wzdłuż klatki piersiowej i na ręce”.
Pośród zabitych był też Stanisław Cieślak. Po jego zastrzeleniu Niemcy wrzucili zwłoki do płonącego domu Jana Widomskiego. Jego ciało nigdy nie zostało odnalezione. Domniemywano, że uległo zupełnemu spaleniu. Nieopodal w stodole Jaroszów odnaleziono później zwęglone szczątki jeszcze jednego mężczyzny – rannego podczas akcji 17 sierpnia partyzanta AK, który został tam ukryty, a zatrzymany przez Niemców gospodarz nie zdążył go wypuścić z objętej pożarem stodoły. Po latach ustalono, że był to Stanisław Cetnar „Tropiciel”.
Dość dokładnie okoliczności śmierci oraz miejsca odnalezienia szczątków poszczególnych mieszkańców Skrzydlnej opisywała w powojennych zeznaniach Julia Pazdur, która uciekła przed Niemcami. Pojawiła się ponownie na miejscu zaraz po odjeździe esesmanów: „Gdy przyszłam pod nasz dom, dowiedziałam się od ojca, że matka Maria została zastrzelona. Widziałam zwłoki matki leżące w zbożu, w odległości około 50 metrów od domu. Widziałam również zwłoki Władysława Borycza i jego służącej Julii Kuczaj, koło ich domu, Jana Jarosza i Antoniego Gąsiora w pobliżu pociągu pancernego, Józefa Borycza w potoku w odległości około 100 metrów od jego domu, Jana Borycza, Anny Borycz i Romana Borycza obok ich domu”. Dodawała też: „Anna Nawieśniak z dziećmi swojego brata Władysławem i Janem schroniła się do piwnicy i tam spalili się. Nawieśniak Wojciech i Nawieśniak Waleria zostali zastrzeleni na polu i wrzuceni do ognia”.
Niemcy zamordowali tego dnia w Skrzydlnej prawdopodobnie szesnaście osób (w tym troje dzieci), dwie osoby zostały ranne. Nie był to jednak koniec gehenny. Następnego dnia, 21 sierpnia, we wsi ponownie zjawili się Niemcy. Tym razem byli to członkowie OT, którzy patrolując odcinek torów między Dobrą a Kasiną Wielką rabowali bydło i zastrzelili cztery osoby – owdowiałego dzień wcześniej Wojciecha Borycza oraz troje zupełnie przypadkowych mieszkańców Kasinki Małej, którzy w ten niefortunny dzień przyjechali do wsi odebrać swoje owce. Byli to Wojciech Płoskonka, Jan Kotarba i nieletnia Anna Świerk.