„Panie Boże śmierć albo życie. Innego wyjścia nie ma. Wiem, że nie ma. Teraz albo nigdy. Aby cię krew zalała.” Takimi słowami w nocy z 25 na 26 lipca 1944 r. oficer dywersji Obwodu AK Dąbrowa Tarnowska pchor. Zdzisław Baszak „Pirat” żegnał angielski samolot odlatujący podczas akcji „III Most” do Brindisi z lądowiska „Motyl”. Na jego pokładzie znajdowały się elementy tajnej niemieckiej broni V2 oraz ważne osobowości życia politycznego i wojskowego emigracji i Polskiego Państwa Podziemnego.
Zdzisław Baszak urodził się 8 lipca 1920 r. w Woli Gręboszowskiej (powiat Dąbrowa Tarnowska), jako syn Jana i Stefanii z d. Tarka. Jego ojciec pochodził z Nikłowic (obecnie Ukraina), a matka z wioski Borusowa na Powiślu Dąbrowskim. Na początku lat 30. rodzina Baszaków zamieszkała w Dąbrowie Tarnowskiej. Zdzisław kontynuował naukę w tamtejszej szkole, a od 1935 r. uczył się w II Gimnazjum im. Jana Tarnowskiego w Tarnowie. Tam rozwijał również zdolności kierownicze; aktywnie angażował się w życie środowiska uczniowskiego, zostając ostatecznie „wójtem gminy szkolnej”, czyli przewodniczącym szkoły.
Podchorążówka
Po złożonej maturze, jesienią 1938 r., postanowił odbyć obowiązkową służbę wojskową. Do tej decyzji skłonił go pragmatyzm; „chciałem mieć to z głowy” – mówił po latach. Jego wybór padł na Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy Piechoty w Krakowie. Już pierwsze dni pobytu w koszarach udowodniły mu jednak, iż służba w wojsku jest sprzeczna z jego naturą. Jak sam wspominał: „Ja się do wojska nie nadawałem absolutnie. Ja się posługiwałem głową, a tam było tylko padnij-powstań”. Z trudem znosił podporządkowanie, ale z czasem wypracował sobie pozycję wśród innych żołnierzy-kolegów. Jego plany powrotu do cywila przerwała wojna. Przydzielono go do II batalionu 16. Pułku Piechoty, wchodzącego w skład 6. Dywizji Piechoty (DP). Dowodził plutonem ckm.
Masakra pod Ćwiklicami
Z wymienioną jednostką przeszedł cały szlak wojenny od 2 września i boju pod Pszczyną do poddania się 20 września w Nowym Siole (powiat lubaczowski). Pierwsze starcie Baszaka z wojskami niemieckimi (5. Dywizją Pancerną) pod Ćwiklicami było dla niego traumatyczne. Jego pluton liczący ok. 30 żołnierzy został zmiażdżony przez niemieckie czołgi. Przeżył tylko on wraz z jednym żołnierzem. „Wtedy uwierzyłem w jedną rzecz, w „»nieśmiertelność«, pozostali zostali rozjechani, a jak się któryś z naszych ruszył, to jeszcze jeden [Niemiec] z parabelki dobijał tych rannych”. Zginęło wówczas około 200 ludzi z II batalionu 16. pp. Dalsze walki powodowały wycofywanie się jednostki na wschód, aż do Sanu. 20 września 6. DP skapitulowała. Baszak zdecydował jednak, że broni nie odda i zniewolić się nie pozwoli; wybrał ucieczkę. „Ja znowu upór” – mówił. „Odwrotnie jak wojsko działa. Nie idę do niewoli, nie zdaję im nic. Śmierć albo ucieczka”.
Szybki awans i ucieczka
Do rodzinnego domu powrócił na przełomie września i października 1939 r., a już w kilka tygodni później rozpoczął kolejny rozdział w swoim życiu. Został wciągnięty przez mjr. Stanisława Sowiźrała do nowo powstającej Służby Zwycięstwu Polski (SZP). Przyjął pseudonim „Pirat”. W wieku zaledwie 19 lat otrzymał zadanie: zorganizować Obwód SZP Dąbrowa Tarnowska. W marcu 1940 r. swoje obowiązki przekazał kpt. Władysławowi Kabatowi „Brzechwie”. Niedługo potem był już poszukiwany przez okupanta. Od tej pory ukrywał się. W październiku 1940 r. Niemcy namierzyli jego kryjówkę, zatrzymując go na miejscu. W pierwszych minutach po ujęciu Baszak, siedząc skuty w aucie, załamał się. „Nie będę grał bohatera. Miałem strach, strach nieprzeciętny. Jestem [wówczas] moralne, materialne zero. Rozładowany – komplet. Żadnej myśli oporu, chaos w głowie. Jestem trup.” Jednak pod wpływem „nagłego dziwnego impulsu”, tj. współczującego spojrzenia nieznanej mu starszej kobiety, zdecydował się na ucieczkę. Biegł w kajdankach kilkaset metrów, unikając trafienia niemieckimi kulami. W tych samych kajdankach przepłynął Wisłę, dostając się na drugi brzeg rzeki. Ocalał. Opuścił region dąbrowski i przeniósł się do powiatu buskiego. Z czasem pod fałszywą tożsamością jako Zdzisław Barański został zatrudniony przy budowie wałów rzecznych. Równocześnie obserwował poczynania lokalnych konspiratorów i stopniowo z chłopakami z terenu zaczął przeprowadzać akcje wymierzone w okupanta i jego współpracowników.
Praca w dywersji
Do konspiracji w Obwodzie AK Dąbrowa Tarnowska krypt. „Drewniaki” powrócił wiosną 1943 r., gdy komendantem był jeszcze znany mu dobrze „Brzechwa”. Wyznaczył on „Pirata” na organizatora pracy dywersyjnej na podległym sobie obszarze. Pełniąc funkcję oficera dywersji obwodu, powołał sieć oddziałów zbrojnych, do których włączył najlepiej wyszkolonych i wypróbowanych żołnierzy. Swoją służbę na tym odcinku pełnił do stycznia 1945 r. Na przełomie lipca i sierpnia 1944 r. – w związku z przygotowaniami do „Burzy” – został zastępcą dowódcy IV batalionu 16. pp AK. Przeprowadził wiele brawurowych akcji sabotażowych i ekspropriacyjnych (m.in. opanowanie magazynów broni w Woli Rogowskiej i w Pasiecie Otfinowskiej, rozbrojenie Niemców ze Stützpunktu w Demblinie, rekwizycja węgla na galarach płynących Wisłą, konfiskata 15 ton cukru w Dąbrowie Tarnowskiej), wykonywał zadania likwidacyjne i porządkowe, które utrzymywały w karności lokalną społeczność i „czyściły teren” z konfidentów, bandytów i szmalcowników. Jak wspominał: „podczas żadnej akcji nie straciłem nikogo – zero”. Często lubił powtarzać: „droga dowódcy to przede wszystkim myślenie”.
III Most. „Oni ocalili Londyn”
Najbardziej rozpoznawalną akcją dąbrowskiej konspiracji, w której jednocześnie mocno zaznaczyła się postać „Pirata”, była operacja „III Most”. Miała ona na celu przetransportowanie na Zachód elementów tajnej niemieckiej broni V2 oraz ważnych postaci z kręgów politycznych i wojskowych emigracji, a także Polskiego Państwa Podziemnego (Tomasz Arciszewski, Józef Retinger, Jerzy Chmielewski, Tadeusz Chciuk – Marek Celt i Mirosław Miciński). Prowizoryczne lądowisko o kryptonimie „Motyl” dla angielskiej „Dakoty” urządzono na łąkach między Wał-Rudą a Jadownikami Mokrymi. Ubezpieczeniem lądowiska dowodził „Brzechwa”, jego zastępcą został „Pirat”.
Podczas bezpośrednich przygotowań do akcji pojawiły się trudności zagrażające jej pomyślności. Spadł m.in. ulewny deszcz, wpływający na rozmokły teren, gdzie miał lądować samolot, okolice zaczęły przeczesywać wrogie patrole poszukujące radiostacji. Nie próżnowali również konfidenci. Niemal beznadziejnie przedstawiała się sytuacja na kilkanaście godzin przed przylotem „Dakoty”, kiedy na „Motylu”, na postój, zawitały dwa niemieckie samoloty obserwacyjne „Storchy”. Szczęśliwie maszyny po kilku godzinach odleciały. Istniały jednak obawy, że Niemcy poznali zamiary AK i jeszcze wrócą. Gdy wydawało się, że nie jest źle, przyszła wiadomość o zakwaterowaniu ok. 100-osobowego oddziału niemieckich lotników w pobliskiej szkole, kilometr od lądowiska. Front w tym czasie znajdował się ok. 30 km od planowanego miejsca lądowania alianckiego samolotu. Tymczasem rozkaz KG AK był jednoznaczny: „»III Most« musi się odbyć bez względu na trudności”. Pesymizm, co do możliwości przeprowadzenia akcji wyraził inspektor tarnowski Stefan Musiałek-Łowicki w rozmowie z Retingerem i Chciukiem jeszcze cztery godziny przed planowanym lądowaniem samolotu: „Ja jednak nie widzę możliwości pomyślnego przeprowadzenia operacji w normalnych warunkach. […], [nie wykluczone], że Niemcy znają nasze plany”.
Nareszcie nadchodzi godzina zero. Jest cicha, atramentowa noc. Nerwy napięte jak struny, gonitwa myśli w głowach żołnierzy sięga zenitu… „Czuję zda się nie tylko własne, ale i innych podniecenie nerwowe” – przyznawał Baszak. „Czas się piekielnie dłuży. Boję się zbytniego napięcia u ludzi, a może i u siebie. Czekanie i niepewność zabijają”. W końcu około północy przy oszałamiającym ryku silnika (z pewnymi problemami) ląduje „Dakota”. Nie słychać poruszenia ze strony zakwaterowanych nieopodal Niemców. To daje nadzieję na szczęśliwe zakończenie operacji.
Obstawa lądowiska bezzwłocznie wyładowuje pocztę i ludzi, w tym słynnego kuriera Jana Nowaka-Jeziorańskiego, których natychmiast odsyła się na meliny. Dalsze wypadki toczą się jednak dramatycznie. Początkowo na pokład samolotu żołnierze wnoszą cenną przesyłkę, pocztę oraz mających odlecieć „gości”. Wydaje się, że wszystko idzie zgodnie z planem, problem pojawia się podczas startu. „Dakota”, mimo kilkakrotnych prób nabrania prędkości, nie może ruszyć z miejsca. Piloci, nie znajdując na to sposobu, stwierdzają wreszcie: „palimy samolot, takie mamy wytyczne”. Obok czeka bezradny Arciszewski, Retinger i reszta. Zdecydowany sprzeciw wobec pomysłu podpalenia zgłasza „Pirat”. Wie, że wielki pożar już na pewno zaalarmuje będących w pobliżu Niemców. Robi błyskawiczny rachunek własnych sił „… nie damy rady. Trzeba ratować samolot, bo zginiemy wszyscy” (miejscowa ludność także). Ponowne próby przy niosącym się w powietrzu odgłosie maszyny i nic. Gdy sytuacja wydaje się przegrana, a piloci przygotowują się do spalenia maszyny, Baszak z pomocą innych nagle zauważa, że koła samolotu ugrzęzły w podmokłym gruncie. Prosi o przyświecenie. Tak właśnie jest! Zaczyna wyrywać ze swoimi chłopakami ziemię spod „Dakoty”, a następnie podkładać pod koła gnojnice (deski). Cała załoga i „goście” znów wchodzą na pokład. Partyzanci ładują przesyłkę z V2.
Niewyobrażalne napięcie, ponownie słychać „ryk, światła i koła zaczynają się obracać, toczyć po […] podłożonych gnojnicach. Samolot ruszył i już nie utknął. Z wolna ku naszej szalonej radości, nabiera rozpędu, w końcu oderwał się od ziemi i wreszcie wzbił się w powietrze, odleciał. To była chyba najszczęśliwsza chwila w moim życiu” – wspominał po latach Baszak. Akcja, która miała trwać od 15 do 20 minut trwała ponad godzinę. Tajemnicą pozostaje, dlaczego znajdujący się nieopodal Niemcy nie zareagowali.
Koniec okupacji
Po wkroczeniu wojsk sowieckich „Pirat” zdecydował się rozpocząć studia na Akademii Handlowej w Krakowie. Utrzymywał jednak stały kontakt ze swoimi ludźmi, którzy czekali na to, co będzie dalej. Pod wpływem zaprzyjaźnionych ludowców, w tym Mieczysława Kabata i Pawła Chwały, 23 czerwca 1945 r. Baszak zorganizował akcję ekspropriacyjną na Urząd Skarbowy w Brzesku. Uzyskane pieniądze w zawrotnej kwocie 2 341 865 zł przekazał rodzącej się „legalnej” opozycji, tj. krakowskim ludowcom.
W lutym 1948 r. został pierwszy raz aresztowany przez bezpiekę; zwolniono go w kwietniu. Rok później, w lutym 1949, kolejny raz trafił do aresztu śledczego WUBP w Krakowie. 16 grudnia 1949 r. został skazany za przygotowanie akcji w Brzesku na 6 lat więzienia. Na podstawie amnestii karę skrócono do 3 lat. W Polsce „ludowej” nie mógł znaleźć stałego zatrudnienia. Dopiero w 1966 r. otrzymał pracę w Centrali Nasiennej w Tarnowie. W roku 1982 przeszedł na emeryturę. Jako kombatant po 1989 r. był wieloletnim prezesem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – Okręg Tarnów, organizatorem i fundatorem zbiorów Izby Pamięci w Tarnowie, aktywnie angażował się w działalność edukacyjną i popularyzatorską historii. W 2007 r. został awansowany do stopnia pułkownika, w 2021 r. – generała brygady.
Jeszcze niedawno przyznawał: „miałem cholerne szczęście, mogłem kilka razy zginąć”. Zmarł 28 listopada 2024 r. w Tarnowie.
Tekst Anna Brożek