Rozmowa dotyczyła niemieckiego obozu zagłady Kulmhof, utworzonego jesienią 1941 r. na terenach wcielonych do III Rzeszy (Warthegau). Zanim trafiły tu pierwsze ofiary (8 grudnia 1941 r.), wybrane przez Niemców miejsce eksterminacji ogrodzono, izolując w ten sposób pałac i spichlerz od reszty wioski.
W Kulmhof mordowano głównie Żydów. Później trafiali tam także Romowie, Polacy, Rosjanie, a także grupa czeskich dzieci z Lidic. Do masowego zabijania wykorzystywano samochody-komory gazowe. Ofiary przywożono do pałacu. Witał ich jeden z członków załogi obozu, który w okolicznościowym przemówieniu uspokajał przyjezdnych wizją pracy. Najpierw jednak ludzie musieli się wykąpać. Osobiste rzeczy (dokumenty, pieniądze, kosztowności) odbierał jeden z członków Sonderkommando. Działo się to w pałacu. Każdy dostawał pokwitowanie. Później ofiary pędzono do ustawionego przy jednym z wyjść z pałacu samochodu-komory gazowej. Wśród krzyków, przekleństw i bicia wtłaczano ludzi do wnętrza auta, zamykano drzwi i uruchamiano silnik. Po kilku minutach samochód ruszał wolno w kierunku odległego o kilka kilometrów Lasu Rzuchowskiego, gdzie początkowo grzebano ofiary, a w późniejszym okresie zwłoki zaczęto palić.
W styczniu 1942 r. trzech żydowskich więźniów: Abram Rój, Michał Podchlebnik i Szlama Winer uciekło przed śmiercią w Kulmhof. Wszyscy dotarli do odległego o 19 kilometrów Grabowa. Podchlebnik i Winer opowiedzieli o swoich przeżyciach miejscowemu rabinowi Jakubowi Szulmanowi, który napisał na podstawie ich relacji dwa listy. Opisał w nich to, co dzieje się w Kulmhof. Sam zginął tam niespełna trzy miesiące później.